Jan-ken-pon czyli o "żywych włóknach"


Pamiętam, jak szczeniakiem będąc jaraliśmy się z kumplami każdą kolejną walką Songo (walka to za dużo powiedziane, biorąc pod uwagę ich rozwlekłość w czasie, to raczej każdym wyprowadzonym ciosem [tak, wiem, Son Goku, ale my mówiliśmy Songo]). Zawsze dzień po emisji nowego odcinka wszystkie przerwy były zdominowane dyskusjami. Wtedy jeszcze nie znaliśmy pojęć takich jak anime, manga czy Toriyama.

(: wpis gościnny by Aerlin :)


Lata mijały, Dragon Ball przestał być nadawany, choć wszyscy żyliśmy nadzieją, że będzie jakaś kolejna seria. Ta nie nadeszła i we wszystkich z czasem wspomnienia o wspaniałych przygodach ze smoczymi kulami blakły i zanikały. Jednak nie we mnie. Moja wyjątkowa zdolność dedukcji podpowiadała mi, że coś łączy Kapitana Tsubasę, Yattamana i Dragon Ball (elementarne, mój drogi Watsonie). I że wystarczy odrobinę poszukać, by dotrzeć do sedna i móc nacieszyć się większą ilością dobra wszelakiego.

I tak też się stało. Sam Toriyama dostarczył mi Dr Slumpa, a im dalej w las tym lepiej. Był Hyper z moim ulubionym Record of Lodoss War, Iria, Ghost in the Shell, były jakieś romantyczno-komediowe tasiemce Oh My Goddness, Love Hina, był mistrz rysowania cycków Satoshi Urushihara, Cowboy Beebop, Girls und Panzer i multum, multum, multum kolejnych tytułów, lepszych i gorszych.

Wraz z mijającym czasem nadszedł rok 2014 i kilka tytułów, które widziałem wszędzie wkoło. Pierwszym z nich był Attack on Titan, drugim Space Dandy. Co prawda “Spejsu Dandiła” może pochwalić się związkami genealogicznymi z Cowboy Beebop, który jest klasą samą dla siebie, to jednak atak na tytanów stał się wielkim hitem, motywem wykorzystywanym w reklamach, mającym doczekać się fabularnej ekranizacji z toną wszelakich gadżetów, obiektem, którym jara się ogromna rzesza fanów. A ja? A ja tego nie rozumiem. Do obejrzenia Attack on Titan zmusiłem się, Space Dandy odłożyłem na nieokreśloną przyszłość. Nie dlatego, że to złe animacje. Po prostu zanim wziąłem się za nie obejrzałem Kill la Kill i cała reszta straciła jakikolwiek smak lub powab.



Wyjątkowa kreska

Historia Ryuko Matoi, sieroty szukającej zemsty na przewodniczącej rady uczniowskiej Satsuki Kiryuin za zamordowanie ojca, przykuła moją uwagę od samego początku za sprawą wyjątkowej kreski. Taka “vintage”, trochę niedbała, uproszczona, a przede wszystkim pozbawiona rażących oczy wstawek animacji komputerowej. Wraz z wykreowanymi bohaterami i światem przedstawionym sprawiła, że od razu przed oczyma stanął mi Dr Slump i cała reszta przyjemnych wspomnień, których podświadomie szukałem.



Niezwykła wyrazistość

W warstwie muzycznej również jest dobrze. Szczególnie utwór openingu (GARNiDELiA “ambiguous”) jak i motyw muzyczny przypisany do Ragyo Kiryuin (matki Satsuki, a sam utwór Cyua “Blumenkranz”). Pierwszy jest po prostu świetnym dopełnieniem niezłego openingu, a drugi idealnie pasuje do bohaterki. Przez to przechodzimy właśnie do samych bohaterów. NIEZWYKLE wyrazistych. Każdy element podkreśla ich charakter. Ruchy, ubiór, głos, nawet sposób w jaki są rysowani. Szczególnie w przypadku rodziny Mako Mankanshoku. Ten element chyba najbardziej poróżnił mnie z Attack on Titan, gdzie mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie (poza Mikasą) to miękkie kluchy, a przez to wydawali się zbijać w jedną masę. Przy Kill la Kill wystarczy po kolei wpisywać w przeglądarkę bohaterów i po samych rysunkach można nakreślić cały ich profil psychologiczny. Kolory, pozy, fryzury i ciuchy mówią wszystko.


czy po takim wcięciu psychika Mako ma jeszcze jakiekolwiek tajemnice?


Just rip it off and get naked!

No właśnie, ubrania- bardzo ważny element tego anime i właściwie jego główny element, czyli “żywe włókna” wykorzystywane przez firmę Revocs Corporation, na której czele stoi Ragyo. Z czasem stają się one jednym z największym oponentem, ale bez spojlerów. Z nich wszystkich najważniejsze są dwa mundurki szkolne. Senketsu należący do Ryuko i Junketsu w posiadaniu Satsuki. Oboje są bohaterami sami w sobie, Senketsu nawet został obdarzony wolą, umiejętnością komunikacji ze swoją właścicielką i charakterem… Powiedziałbym, że ten jeden ciuch jest bardziej wyrazisty niż połowa bohaterów Attack on Titan ;)

zwykły, prasowany ciuch, a wyraża więcej emocji niż Levi z AoT przez wszystkie odcinki

Z ubraniami wiąże się coś, za co chyba najwięcej gromów spada na Kill la Kill. Mundurki pozwalają noszącej na transformację po której zyskują one nowe moce i możliwości. Tak się składa, że wraz z nimi mocno się kurczą odkrywając większość ciała, co wszystkim jednoznacznie kojarzy się z częstym zjawiskiem “fanserwisu” w anime, gdzie gołe cycki i dupy głównych bohaterek mają napędzić oglądalność. Ciężko temu zaprzeczyć i właściwie bezapelacyjnie jednym z celów tego zabiegu jest właśnie zwiększenie atrakcyjności wizualnej, jednak ma to też głębsze znaczenie. Początkowo Ryuko nie może używać swojego mundurka tak długo, jak jej przeciwniczka. Musi napędzać go własną krwią, energią, która dość szybko ulega wyczerpaniu i bohaterka musi salwować się ucieczką. Jednym z głównych powodów tego stanu rzeczy jest wstyd pojawiający się w momencie transformacji i odkrycia większości ciała. Ciężko jej to przeboleć, nie czuje się pewnie z własnym ciałem czy raczej seksualnością. Ma to być swoista alegoria dojrzewania pokazująca, że pełnię siły zdobywa się dopiero, gdy zaakceptuje się samą siebie.

to głęboka alegoria dojrzewania, srsly

Początkowo główną osią akcji jest konflikt na linii Ryuko-Satsuki. Matoi, jako nowa uczennica nie tylko toczy zaciekłe boje ze swoją rywalką i jej podwładnymi, ale także bierze udział w “zwykłym” życiu szkoły. Rządzi się ona swoimi prawami, często zupełnie szalonymi i wraz z ich odkrywaniem pojawia się coraz więcej wątków. Tajna organizacja “Plaża Nudystów”, Ragyo Kiryuin, jej podopieczna Nui Harime, “żywe włókna”, na jaw wychodzą kolejne tajemnice z przeszłości, pojawiają się nowi sojusznicy i nowi przeciwnicy. Jednak nie jest to poziom pomieszania brazylijskiej telenoweli, gdzie każdy z każdym przeciwko każdemu. Zbliżając się do finałowego, 25 odcinka, widz nabiera pewności, że całość jest przemyślana i wiedzie do jednego, jasnego celu od samego początku, a całe zamieszanie powoduje pojawienie się Ryuko, która krzyżuje wiele planów mających swój początek zdecydowanie przed wydarzeniami pokazanymi w Kill la Kill.


O tym anime mógłbym pisać i pisać. 

Dawno nic nie poruszyło moich emocji i nie wciągnęło mnie tak mocno jak historia zemsty Ryuko Matoi. Nastrój wędrujący od szalonego humoru, przez dynamiczne i epickie pojedynki, a kończąc na głęboko emocjonalnych scenach chwytających za serce, klasyczna kreska i animacja przywodzące na myśl “stare, dobre czasy”, świetnie przedstawieni bohaterowie, z którymi od pierwszego odcinka zawiązuje się nić sympatii i to wszystko podlane sosem dobrze dobranej muzyki i przemyślanej, choć może nie zasługującej na literackiego Nobla, fabuły. Jeśli ktoś jest fanem anime, albo choć lubi obejrzeć od czasu do czasu trochę japońskiej animacji, to Kill la Kill jest pozycją obowiązkową.



Lubisz to?
all rights reserved :) ®

1 komentarz:

  1. "Kill la kill" jest rewelacyjne, podpisuję się pod tą notką obiema rękami i gorąco polecam tym, którzy jeszcze nie widzieli ;) Aczkolwiek nie polecam na początek przygody z anime, gdyż można się "nieco" zaskoczyć :D

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do komentowania! <3 (Maniacy gramatyczni, reklamy, czytanie bez zrozumienia i hejty nie są mile widziane. :)