Gaijin kumpurekkusu? Niekoniecznie.



when in Rome, do as the Romans do


Dzisiaj rano przeczytałam krótki artykuł pt. „The Gaijin Complex” napisany przez Yumi Nakata o japońskim kompleksie gaijina czyli obcokrajowca. Autorka na początku wyjaśnia, że chodzi tu głównie o obcokrajowców białych. Pewnie każdy, kto jest zaznajomiony z japońską kulturą o tym kompleksie słyszał. Polega on głównie na tym, że Japończycy mają poczucie niższości względem obcokrajowców.

Otóż tak. Słyszałam. Słyszałam, ale…

Autorka dalej pisze, że osoby, które przyjechały pierwszy raz do Japonii zapewne czuły, że tubylcy niekoniecznie czują się w ich towarzystwie komfortowo. Rasizm? Niekoniecznie. Japonia to wciąż homogeniczny kraj. Nie są przyzwyczajeni. Rezultatem tego są odczuwana przez Japończyków mieszanka uczucia zazdrości, podziwu, podejrzliwości i niepewności podczas interakcji z obcokrajowcami. Dalej autorka opowiada historię swojego studenta, którego wyproszono z tradycyjnej japońskiej restauracji, bo był biały. Znowu – rasizm? Nie, raczej strach przed kompromitacją będącą wynikiem nieznajomości języka angielskiego. No bo jak dogadać się z gaijinem jeśli on na pewno nie mówi po japońsku, a ja nie mówię po angielsku? Zamiast się zawstydzać lepiej uniknąć.

Oczywiście jest też sprawa zazdroszczenia gaijinom wyglądu (ale to nie znaczy, że wszyscy zazdroszczą) – okrągłych oczu, małej i wypukłej twarzy, wzrostu, koloru oczu, skóry, włosów, obyczajów, pewności siebie, itd. Skutkiem tego jest naśladowanie, przebieranie się, wybielanie lub opalanie (gyaru wzorują się na idealnych wg nich Brazylijkach czyli pociemniają skórę), operacje plastyczne zmieniające kształt… wszystkiego. Ale to sprawa na inny wpis.

Nie jestem jakąś weteranką pobytów w Japonii, nie mieszkałam tam nigdy dłużej, nie pracowałam itd., ale byłam, mieszkałam w domu z Japończykami, chodziłam do pobliskiego supermarketu, na spacer, jeść i nie zawsze miałam japońskie towarzystwo. Będąc tam nigdy przenigdy nie czułam się wyobcowana i nigdy nikt nie dał mi do zrozumienia, że nie chce ze mną rozmawiać czy podać mi jedzenia. I uważam, że to jest wszystko kwestia nastawienia.

Zabawna historia. Byłam sobie w sklepie z ubraniami i chciałam bluzkę w konkretnym rozmiarze i kolorze. Nie mogłam jednak takiej znaleźć. Nieopodal kręcił się młody sprzedawca więc go zagadałam z uśmiechem „Do you speak English?” i usłyszałam zakłopotane, ale uśmiechnięte „Oh no no no sorry”. Odpowiedziałam więc „Ok, let’s do it differently, look at me!” (nie wiem po co skoro i tak mnie nie rozumiał) po czym przeszłam na polski pokazując mu ręką żeby na mnie patrzył (i nadal się miło uśmiechając). Odegrałam przed nim scenkę rodem z kalamburów: wzięłam bluzkę we właściwym rozmiarze i pokazałam mu oznaczenie, później wzięłam inną we właściwym kolorze i odpowiednio machając pokazałam, że ten nie, ale ten tak. :D I cały czas pomagałam sobie mówiąc po polsku. Pan w odpowiedzi podbiegł do półek i przegrzebał wszystko po czym pokazał, że mam czekać, a on pójdzie szukać. Poszedł do komputera. Niestety nie znalazł tego czego chciałam, ale zaproponował coś innego, podobnego. Jak to mawia Pawlikowska (np. w książce "Blondynka w Chinach") – ludzie mówią wszędzie takim samym językiem mimo, że różnymi i przewaznie się można porozumieć.

Podobnie bywało na ulicy czy np. w kasach sklepowych. Bruczkowski mój ulubiony pisze w Bezsenności w Tokio, że Japończycy jak muszą zawsze starają się do gaijina mówić po angielsku, nawet jak nie umieją. Zapewne było tak jakiś czas temu, ale ostatnio - niekoniecznie. Do mnie nikt się nawet nie wysilał i wszyscy trajkotali po japońsku, a ja niestety powtarzałam z przepraszającym uśmiechem „Nhongo o hanashimasen…” czyli "nie mówię po japońsku" (ale się uczę!). I nie było problemu. Przechodzili na tryb pokazywania i było przynajmniej wesoło. Tak było i w Tokio w małych miejscowościach pref. Nagano.

Dwie dygresje: właściwie tylko pan w kasie w forever 21 mówił po angielsku i jedna bardzo starsza pani w jednej knajpie wyraźnie nie pochwalała faktu, że Luby ma niejapońską towarzyszkę, co przejawiało się totalnym ignorowaniem mojej osoby. ;) A może po prostu nie wiedziała jak się ma zachować?

Inna zabawna historia: mówi się, ze gaijinowi wszystko wolno. Nie okrzyczą go za robienie zdjęć gdzie nie trzeba, dotykanie tego czego nie wolno, wchodzenie tam gdzie zakaz. Jak gaijiin jest mną to owszem, opieprzą. Obojętnie czy byłam sama czy z Lubym – jak nie wolno robić zdjęć ubrań w Harajuku to nie wolno i sobie idź! Podobno inni gaijini mogli i mają, a mi nie pozwolili.

W restauracji, w której jadłam mój pierwszy ramen z panem kucharzem dogadałam się np. bez słów, samym spojrzeniem. Dostałam swoją miskę, pałeczki, łyżeczkę… Luby zabrał się za jedzenie, a ja siedzę jak takie cielę i patrzę jak to się robi. W końcu mój wzrok spotkał się ze wzrokiem pana kucharza i patrzę na niego myśląć „noć się przecież zachlapię”, a on się na to roześmiał i co mi dał? Śliniak! Papierowy śliniak. Uśmiechnęłam się dziękując. :)



Podsumowując stwierdzam, że w Japonii czułam się bardzo swobodnie i komfortowo – niejednokrotnie bardziej niż w Polsce. Nikt mi się nie przyglądał i nie odmawiał pomocy mimo bariery językowej, a wręcz odwrotnie: starali się mi pomóc za wszelką cenę. W Polsce jak idziemy sobie z Lubym trzymając się za ręce, prawie nie ma osoby, która by się na nas nie gapiła. Wiecie jakie to jest wnerwiające? Wiecie jak On się niekomfortowo czuje? A ja? A jak jeszcze ktoś otworzy czasem gębę? Wstyd mi za nich. Myślicie, że w Japonii ktoś się nam przyglądał? Jakieś pojedyncze osoby. Zero stresu.

Oczywiście nie przeczę, że w Japonii można nadziać się na niechęć do gaijina czy strach przed nim i na pewno jest tam rasizm jak wszędzie indziej... i może się jeszcze na to wszystko natknę, kiedyś. Nie umiem tego wyjaśnić, ale mimo, że mam prawie 180 cm wzrostu i bardzo nieskośne i niebieskie oczy to jednak w ogóle nie czułam się inna.

;)



 
dziękuję za wypowiedź

all rights reserved :) ®




11 komentarzy:

  1. Słyszałem, że "it's easy, when you're big in Japan" ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta? No cóż, u nich duży wzrost na pewno jest czymś zaskakującym, ale trudno mi powiedzieć , jak się zachowują w obecności takiej osoby :P

      Usuń
    2. Dość normalnie szczególnie, że wbrew ogólnemu wyobrażeniu, np. na ulicy jest spore zróżnicowanie wzrostowe i wcale nie wystaje się jakoś specjalnie ponad tłum. ;)

      Usuń
  2. W Brazylii, gdzie teraz przebywam, jest totalny chaos i dezorganizacja pracy (mistrzostwa swiata tylko to spotegowaly). Jednak daze do tego ze jesli trzymasz sie z, jak mowisz z Lubym, tez z pewnoscia nikt na ciebie nie popatrzy. Jest to dosc rozwiazly kraj:-) Ale jednak. Idac, jak w meskim przypadku, z piekna brazylijka zazdroszcza Ci i wsadziliby noz pod zebro, ze tak dobrze Ci sie powodzi, a on musi klepac biede i zarabiac fizyczna praca, do ktorej wogole nie sa przyzwyczajeni. Jest to tez spowodowane tym,ze w Brazylii nie ma klasy sredniej, albo jestes biedny albo bogaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co kraj to obyczaj, a Brazylijczycy to w końcu zupełnie inny temperament mają, prawda? :D Jak Ci się tam żyje? :)

      Usuń
  3. Fakt faktem, mają inny temperament i w związku z tym inne podejscie do życia. ALe czy mi się tu podoba? Na szczęscie tylko tu pracuje, a po 5-ciu tygodniach do domku, do Polski. Jeśli sie tu urodziłeś nie masz większego problemu, wszystko co sie tu dzieje, jest dla ciebie norma. Gorzej jak przyjeżdża się jako outsider.
    Całkiem niedawno miałem śmieszną sytuację w powszechnym mercado, czyli markecie w którym chciłem zrobić szybkie zakupy i zabunkrowac sie w hotelu. Tak się niestety nie stało. Wybrałem potrzebne mi rzeczy i szybko uderzam do kasy, żeby za dlugo nie stać w kolekce. Ku mojemu zdziwieniu dwie kobietki rozmawiają, smieją się i gestykulują, z czego jedną z nich jest sprzedawczyni:-) Kątem oka po 2 lub 3 minutach, sprzedawczyni dostrzega mnie* trudno nie zauwazyc, bylem nastepny) i usmiecha sie do mnie, jakby wiedziała,że do końca nie wiem z jakiego powodu kolejka nie posuwa się do przodu. Po kolejnych 2 minutach pani przy kasie skonczyła rozmianiać, zapewne ze swoja przyjaciólką, i bez zadnego 'przepraszam' z uśmiechem na twarzy, kontynuowała liczenie zakupów. Zbytnio zły nie bylem, poniewaz to były dwie bardzo ładne kobiety, przynajmniej widok byl miły podczas czekania:-) Ale patrząc na tył kolejki, gdzie w większosci były kobiety, stały spokojnie, gadały przez komorke czy mieszały w zakupach, czy oby napewno wszystko wzięły. Żadnego zdenerwowania jakby t,o co przed chcwilą miało miejsce było calkowicie normalne i zrozumiałe. Jest takie potoczne powiedzenie u nas w pracy, jeśli coś sie przedłuża lub nie dochodzi do skutku: "Coż, Brazylia....".

    OdpowiedzUsuń
  4. Od nas często uciekali, bo się ewidentnie nas wstydzili. Ale jak coś tam zagadałam po japońsku, to czasami przełamywałam te "pierwsze lody" i już tak nie uciekali. Ogólnie bardziej płochliwi okazywali się młodzi z wielkich miast. Ci starsi zdecydowanie mniej - wręcz przeciwnie - byli bardzo przyjacielscy i ciekawi nas.

    A właśnie. Spotkałam się też z sytuacją, że np. na profilu booking.com danego hotelu wszystkie pokoje były zajęte - full na maksa, a na japońskiej stronie hotelu - duuuużo wolnych. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To przeciez dlatego ze firmy bookingowe rezerwuja cale bloki pokojow i jak sie im ten blok skonczy, to wyglada jakby juz wiecej pokoi nie bylo w hotelu dostepnych. Hotel zostawia sobie rowniez bloki pokoi na bezposrednie rezerwacje. Przeciez tak jest na calym swiecie. Nie tylko w japonii.

      Usuń
  5. Nigdy nikt od naszej dwu osobowej eskapady nie uciekl. Pierwsze co nas udezylo w Japonii to wlasnie otwartosci i nadzwyczajna kultura osobista. Juz stojac na lotniskowej stacji pociagow, ktos do nas sam z siebie podszedl i zapytal po angielsku czy nie potrzebujemy pomocy (trzymalismy mape, wiec widocznie wygladalismy na zagubionych). Im dalej w Japonie tym lepiej. Nawet jesli nie mowili po angielsku, to i tak starali sie zrobic wszystko by nam pomoc (np. motorniczy wyrysowal nam cala droge ze wszystkimi przesiadkami, mimo, ze go o to nie prosilismy :)). Szczytem naszego zdziwienia bylo gdy wieczorem w okolicach Akihabary ktos pomachal do nas butelka z winem, podeszlismy, mala grupka Japonczykow zaprosila nas zebysmy sie z nimi napili, stawiali nam alkohol do 6tej rano i nie pozwalali nam nawet odwdzieczyc sie chociazby jedna butelka wina!

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałam tylko nieśmiało zauważyć, że w Polsce też się zdarza, że ludzie uciekają od obcokrajowców, bo boją się kompromitacji. Albo z lenistwa. Takie machanie rękami, żeby się dogadać, jest jednak męczące. ;)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do komentowania! <3 (Maniacy gramatyczni, reklamy, czytanie bez zrozumienia i hejty nie są mile widziane. :)