Moje kosmetyki część 1 (Japonia)



Już milion razy pytaliście mnie o to jakich azjatyckich kosmetyków używam i kilka razy obiecywałam, że niedługo coś napiszę. No cóż, minęło sporo czasu, ale postanowiłam się w końcu za to zabrać. Poślizg bierze się stąd, że nie jestem jakąś wielką fanką kupowania i testowania kosmetyków. Mam kilka, które lubię i tyle. Czasem coś tam zmieniam – zazwyczaj wtedy gdy pojawi się jakaś potrzeba albo przeczytam gdzieś o czymś, co wyda mi się lepsze.

Ok, dzisiaj pierwsza część czyli parę kosmetyków z Japonii:

1. Oczyszczający olejek do twarzy HADA LABO



Przeczytałam o nim w sieci sporo dobrego. Pomyślałam sobie, że skoro używam kremu BB (o tym we wpisie koreańskim) to pewnie przydałby mi się olej do zmywania tego kremu (podobno najlepiej sobie z nim radzą). Poszukałam więc sklepów i chwyciłam się za głowę… Ludzie! 160 zł? 160?! 160?! Dobre. ;D Jakoś nie do końca chciało mi się w takie ceny wierzyć więc poprosiłam Lubego, który akurat był w Japonii, o sprawdzenie. Poszukał na Amazonie i cena tam to było ok. 30zł. Dacie wiarę? No to poprosiłam i dostałam. Teraz jak byłam w Japonii znalazłam uzupełnienie butelki w torebce i to jest oczywiście jeszcze tańsze (jakieś 750 jenów). Kupiłam 2. Są bardzo wydajne (wystarczy jedna dawka). Taka torebka (180 ml) starcza mi na rok albo i więcej. Polecam olejek i polecam poszukać dobrze, bo ceny jakie nam oferują sklepy (polskie) są przezabawne. 

Olejek nie szczypie, zmywa wszystko idealnie.

PS na Ebay.com jest z darmową wysyłką z Japonii za 14,90 dolarów. ;) To jest jakieś 60 zł (a nie 160 XD – nie mogę z tej ceny).


2. Krem Oronine Ointment



W japońskiej TV reklamują go jako krem nawilżający i regenerujący do bardzo zniszczonych dłoni (przynajmniej takie reklamy widziałam). Jednak ja poznałam go z innej strony. Oparzyłam się solidnie i Luby kazał mi nałożyć grubą warstwę i czekać. Niestety chwilę trzeba wytrzymać (ja najpierw moczę oparzenie w lodowatej wodzie chwilę i później nakładam), ale warto. Krem działa cuda. Jakoś znieczula i leczy. Bardzo polecam, zwłaszcza jeśli macie skłonność do polewania się wrzątkiem (albo wkładania ręki do gotującej się zupy…). 

W zasadzie w tym momencie mogłabym skończyć. :D Olej i krem, które opisałam powyżej to są jedyne kosmetyki z Japonii bez których nie mogę żyć i których używam regularnie (Oronine jeśli się oparzę ;). Jednak jako, że poznałam jeszcze parę, to…:

3. Olejek do włosów „Ichikkami Hair Treatment Oil”


Dostałam go w prezencie od Lubego. Powinien nawilżać. Szczerze mówiąc nie wiem czy działa, ale pachnie absolutnie cudownie. Stosuję na noc…, jak mi się przypomni.

4. Szampon i odżywka Shiseido Tsubaki do zniszczonych włosów.
Ogółem nie mam zniszczonych włosów, ale wychodzę z założenia, że od czasu do czasu dodatkowa kuracja dobrze robi, a taki szampon czy odzywka działa mocniej. Kosmetyki to są fajne i polecam, ale mogę bez nich żyć. Zazwyczaj przywożę sobie jedną butelkę z Japonii (odżywkę) i tyle. ;) Jakby coś to polecam kupić w torebce, a nie butelce, bo taniej i łatwiej zapakować. ;)

5. Żel/krem do włosów „Lucido-L Hair Wax Nuance”




Nie wiem w sumie po co go kupiłam. Prawie nigdy nie stosuję żadnych ulepszaczy fryzury. Muszę go jednak polecić, bo jest lekki, dobrze trzyma i łatwo się go stosuje. Fajnie układa się z nim tzw. „artystyczny nieład“. ;)

6. Zmywacz do paznokci ze stujenowca (wszystko za 108 jenów)


Ejjjj, niby tylko za 3 zł, a ładnie pachnie i zmywa idealnie. Bardzo polecam.

7. Haba – krem do mycia twarzy "Shell Membrane Facial Foam"

zdjęcie stare i słabe - przepraszam
Dostałam na Święta kiedyś od mamy Lubego. To była jakaś edycja limitowana, naturalna, bez alkoholu, bez barwników. Trochę śmierdziała i wyglądała jak błoto, ale byłą cudowna. Nic nie szczypała i ładnie czyściła buzię. Już tego później nie znalazłam. Wiem, że ten opis jest kija wart i nic Wam nie mówi. ;) Niestety nie pamiętam jak się to nazywało. Za to wiem, że próbowałam kiedyś innej Haby do twarzy i szczypała i była badziewna. ;)

8. Na sam koniec zostawiłam krem z olejkiem kokosowym, którego nigdy nie było mi dane kupić. W Osace, w ostatni dzień naszej wycieczki, chwilę przed burzą, weszliśmy do drogerii, bo Weronisia sobie wkręciła, że chce olejek kokosowy i na pewno w Japonii będzie. Nie było. Za to był krem. Krem drogi dość jak na moje (jakieś 70 zł). Pani w sklepie posmarowała mi rękę testerem. Nie kupiłam. Wyszliśmy. Po jakichś 20 minutach pomacałam to posmarowane. Ludzie! W życiu nie miałam takiej miękkiej skóry. Oczywiście już było za późno żeby się cofać, a w kolejnych drogeriach kremu nie było. Także tak. Nie wiem jak się nazywał nawet. Był w czarnym słoiczku plastikowym. ;) Tyle. Ale biorąc pod uwagę, że tam nigdzie nie mieli kosmetyków z olejkiem kokosowym, to nie powinno być trudno poszukać jakby ktoś chciał. 







all rights reserved :) ®

3 komentarze:

  1. Hej, wiem ze to nie Japońska marka ale koreańska dostępna w Polsce ( PUrederm). Dostępna jest w drogerii Hebe, uwielbiam te kosmetyki. Jeśli Twoje są równie dobre to zazdrasszczam bo oni robią to zupełnie inaczej i to autentycznie działa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzeba eksperymentować, zwłaszcza jeśli wybory wychodzą na naszą korzyść. Azjatyckie kosmetyki jeszcze nie trafiły do mojej ręki, ale z pewnością skuszę się na coś, co już ma pozytywną opinię po użyciu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przebitki w Polskich sklepach wołają o pomstę do nieba :D

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do komentowania! <3 (Maniacy gramatyczni, reklamy, czytanie bez zrozumienia i hejty nie są mile widziane. :)