Berlin, czyli Wu wśród United Buddy Bears*

W ramach odpoczynku od opowieści o Japonii będzie dzisiaj o Berlinie. 

Luby ma w Berlinie dobrego przyjaciela, którego poznał kiedyś na Ukrainie z okazji problemów z ichnimi szafkami na bagaże i nieznajomości języka. M. pomógł i przy okazji się zaprzyjaźnili. M. jest Niemcem i mieszkał w RFNowej części Berlina aż runął mur. Żeby było śmieszniej, jak M. I Luby się poznali (10 lat temu), to M. był już wtedy zaręczony z… Japonką. Teraz mieszka sobie z rodzinką w Berlinie, a pod nieobecność żony i dwójki dzieci (polecieli z wizytą do Japonii) myśmy mu się zwalili na głowę na 3 dni.

Podróż miało być w miarę tanio, nie tragicznie długo i wygodnie. Zdecydowaliśmy się na Polskiego Busa z Poznania do Berlina, a do Poznania na pociąg regionalny. Ta część podróży minęła nam – o dziwo – w Polsce bez problemów czy opóźnień, natomiast w Berlinie na autostradzie staliśmy godzinę w korku. Widać taki już urok naszych wspólnych wyjazdów (patrz tu). ;)

Polski Bus ląduje na Zentraler Omnibusbahnhof Berlin ZOB. Oczywiście najpierw wizyta w toalecie (płatne 1 euro wrzucane w pojemniczek na drzwiach, co umożliwiało ich przesunięcie – obrotowe, zrobione z prętów) i kawa. Następnie analiza mapy i marsz do „naszej“ stacji metra. Marsz ten i poszukiwania stacji lekko utrudniły remonty i zmiany ulicznego - samochodowego i pieszego ruchu. Daliśmy jednak radę.

Bilety metrowe kupuje się w maszynach (mają nawet polskie menu!) po czym się je kasuje w kasownikach, które pojawiają się ni stad ni z owąd – tak sobie, na środku przejścia. ;)

Nasze metro jechało w kierunku dzielnicy Pankow natomiast my w kierunku Alexanderplatz – patrzę na mapę i Google pokazuje mi jakieś dziwne trasy więc zaczęłam powątpiewać w swoją pamięć. Jednak na pewno był kierunek P. (widać na zdjęciu) i na pewno M. mieszkał blisko A.… więc tego się trzymajmy. :) 


M. przywitał nas wpędzającym w kompleksy idealnym angielskim i zupą chmielową zamiast obiadu. Reszta dnia upłynęła na rozmowach.

A co było następnego dnia? Ulewa… całodniowa. Ale co tam! Poszliśmy na spacer. Luby to już w Berlinie bywał, ale ja nie więc przydałoby się jednak pozwiedzać. 



Na mapce zaznaczyłam, to co będę opisywać:


Pokaż berlin na większej mapie

Spacerując sobie w strugach deszczu i wyglądając nieśmiało spod parasolki dotarliśmy do Uniwersytetu Humboldta.



Nasz cel: automaty z kawą (bo tania), ogrzanie się, lekkie osuszenie i oczywiście toaleta. ;)



Spędziliśmy tam w sumie około godziny po czym ruszyliśmy dalej mijając się z innymi bardzo nastawionymi na zwiedzanie turystami:


I tak dotarliśmy do Brandenburskiej Bramy,



Bundestagu,




a propos, po wcześniejszym zarejestrowaniu się, można zwiedzać wnętrze, a konkretniej przejść się dookoła budynku i przez przeszklone ściany oglądać obrady. Chcieliśmy pójść, ale jedyna godzina, na którą były jeszcze miejsca (kolejnego dnia) to 6:00 (rano). Nie byliśmy aż tak zdesperowani... 

Za to, akurat jak robiłam to zdjęcie:


nadjechała kolumna z kimś ważnym – policja, limuzyny bla bla. No cóż, nie zauważyłam, że stoję na wjeździe na parking… I co najzabawniejsze, nikt mnie nie otrąbił, policja mnie nie okrzyczała tylko poczekali aż sobie pójdę…


*
Kolejnego dnia pogoda była lepsza więc ochoczo ruszyliśmy na dalsze spacerowanie. 



Bardzo podoba mi się pomysł tych wszystkich poduszek (powyższe zdjęcie) na schodach, na chodnikach, parapetach - przed barami, kawiarniami. 

Wszędzie jest też pełno naklejek, napisów, graffiti, ulotek, plakatów:




Po drodze do Mauerpark szukaliśmy długo toalety (tym razem nie dla mnie!) i okazało się, że tak jak Tokio obfituje w tego rodzaju przybydki i do tego są czyste i darmowe, tak Berlin nie - nawet na stacjach metra nie było.

Mauerpark i kawałek muru:



Widoki z dalszej części spaceru:




W tle bardzo ładna cerkiew:


do której wchodziło się po wcześniejszym przejściu przez pikające bramki i dokładnej kontroli ochroniarza.



Powyżej kamienica zaatakowana przez małpy, a poniżej uliczny grill.


 I na koniec typowy berliński widok:


Podsumowując, czuliśmy się w Berlinie dobrze. Jest to wielokulturowe miasto, bardzo europejskie. Jedno co rzuciło mi się bardzo w oczy to to, że młodzież sprawia wrażenie bardziej radosnej i beztroskiej niż np. w Polsce czy w innych miejscach.

A co do podróży powrotnej to z Alexanderplatz pojechaliśmy najpierw kolejką podmiejską na dworzec, a później niemiecką koleją regionalną (bilet można kupić w automacie w pociągu), która zapowiada kolejne stacje m.in. po polsku, do Kostrzynia, tam przesiedliśmy się na regio do Poznania i tam na regio (brzydkie, stare i popsuła się jeszcze na stacji Poznań Główny lokomotywa i staliśmy jak ciołki prawie 2h) do Torunia. Cenowo wyszło mniej więcej tak samo jak droga do Berlina.


zwróć uwagę na zasady ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

8 komentarzy:

  1. Wybrałbym się kiedyś do Berlina, niby tak blisko, a zawsze jakoś unikałem. Może dlatego, że mimo 9 lat nauki niemieckiego ciągle potrafię wydukać tylko kilka zdań, głównie z pornoli. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, bo ja może nie? "Ich weiß nicht", "ich nicht verstehen" i takie tam - szkolne.. XD

      powiem Ci, że masz lame wymówkę, bo po angielskiemu możesz gadać ;)

      Usuń
  2. mieszkalam w Niemczech przez rok a do Berlina nie zajzalam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ooo szkoda, szkoda. Berlin - fajne miasto. No ale zawsze możesz pojechać. :) Ja dotychczas ewentualnie przejazdem byłam w Niemczech więc, dzięki tej krótkiej wycieczce, znam tylko trochę Berlina. ;P

      Usuń
  3. Drezno chyba jednak ładniejsze...

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne te niedźwiedzie. Jak gigantyczne żelki Haribo : D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no :D i dużo ich tam..., a ja nie mam żadnego na zdjęciu XD dasz wiarę?

      Usuń

Zapraszam do komentowania! <3 (Maniacy gramatyczni, reklamy, czytanie bez zrozumienia i hejty nie są mile widziane. :)